30 września 2016

Nasze "wakacje 2016", czyli karkonoskie kulinaria


We wrześniu niewiele myślałam o blogu. Jeśli zaglądacie czasem do mnie na facebook'a lub instagrama, wiecie już, że ten miesiąc przyniósł wielkie zmiany w moim życiu. Najpierw straszne nerwy i długo wyczekiwany urlop, którego początek był jednak niesamowicie pracowity. Potem zostałam ŻONĄ, a potem... potem było już tylko lepiej! Bo w końcu, już jako małżeństwo, mogliśmy oficjalnie rozpocząć długo wyczekiwane...

Wakacje 2016

W naszą małą podróż poślubną wybraliśmy się do Szklarskiej Poręby, ale przy okazji odwiedziliśmy też kilka ciekawych historycznie miejsc (poznajecie?). Połaziliśmy trochę po górach, odetchnęliśmy karkonoskim powietrzem, odespaliśmy nerwy i przede wszystkim naładowaliśmy baterie na kolejne miesiące. Lepszych wakacji nie mogłam sobie wymarzyć :)

Dziś chciałabym podzielić się z Wami migawkami z tych kilku minionych dni. Poniżej kilka chwil, które udało mi się uchwycić. Zdjęcia robiłam telefonem, dlatego proszę o wyrozumiałość, jeżeli chodzi o ich jakość :)

 

 



 Karkonoskie kulinaria

Odwiedzając duże miasta, żaden wegetarianin nie powinien mieć problemu ze zjedzeniem dobrego, bezmięsnego obiadu. Roślinne knajpki są coraz popularniejsze także wśród mięsożerców. Problem pojawia się natomiast w mniejszych miejscowościach, gdzie kulinarna świadomość jest nadal niewielka. Zazwyczaj trzeba trochę kombinować i z wyprzedzeniem dowiedzieć się "co, gdzie i jak". Przed urlopem miałam jednak tyle na głowie, że nie miałam nawet czasu przemyśleć, czy tamtejsze restauracje oferują wegetariańskie dania. Pojechałam więc ze świadomością, że przecież jakoś to będzie i faktycznie - nie było najgorzej :) Przede wszystkim rozpieściły nas hotelowe śniadania, codziennie po prostu przepyszne i bardzo urozmaicone. Jeżeli chodzi o obiadokolacje, to spróbowałam m.in. smażonego sera, pierogów, makaronów i pysznej pizzy w prawdziwie włoskim stylu. Muszę jednak przyznać, że w większości przypadkowych lokali w Szklarskiej i Karpaczu miałam spory problem ze znalezieniem czegoś wegetariańskiego, a co dopiero wegańskiego. Do tej pory jestem też w szoku jak duże porcje oferują tamtejsze restauracje - jak na możliwości mojego żołądka były po prostu ogromne. Ale chyba nie tylko ja miałam z tym problem. Nie znoszę marnotrawstwa, a ilości jedzenia, które wracały spowrotem na kuchnię były naprawdę spore.
Poniżej kilka zdjęć z naszego karkonoskiego "menu".






Z całego wyjazdu w pamięci zostało mi jednak tylko jedno danie. Pyszna "zupa wegetariańska" z górskiego schroniska, która dodała sił po ciężkiej wędrówce. Choć z wyglądu niepozorna, wyjątkowo niefotogeniczna i podana w obłupanym talerzu w kwiaty, to okazała się hitem wyjazdu. Delektowałam się każdą łyżką, ale do tej pory nie wiem, czy będę umiała odtworzyć w swojej kuchni jej smak. Lekko pikantna, z dodatkiem sycących strączków - soczewicy i ciecierzycy, ale też pęczaku, pomidorów i ziemniaków. Aromatyczna i bardzo gorąca, od razu postawiła nas na nogi. Aż uśmiecham się do siebie na samo jej wspomnienie :)


I taki był mój wrzesień. We wtorek wybrałam się na targ i przyjrzałam temu, co można dostać na straganach. Przyroda tak pędzi, tak wiele się zmieniło przez ten miesiąc. Będę musiała zweryfikować swoje kulinarne plany na nadchodzący październik. Pierwszy przepis już wkrótce :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

TOP